01 February 2020

Przeszłość swą widzą ogromną, czyli Wielka Brytania po wyjściu z Unii

 

Bartosz T. Wieliński
1 lutego 2020

 

Brytania znów panuje nad falami

 

Zdjęcie uśmiechniętego Borisa Johnsona ze staromodną słuchawką telefoniczną przy uchu opublikowały wszystkie brytyjskie gazety. Z twarzy rozczochranego premiera biła radość. Gdy pracujący w rezydencji przy Downing Street fotograf naciskał migawkę, do ucha Johnsona płynął potok komplementów ze strony Trumpa. Sojusz, przyjaźń, wspólne budowanie nowego porządku na świecie – prezydent recytował formułki, a premier pęczniał z dumy. Dwa lata po brexicie Wielka Brytania wracała na należne jej miejsce przy stoliku globalnych graczy.

Pięć godzin wcześniej z pływającego po wodach Zatoki Omańskiej lotniskowca HMS „Queen Elizabeth” wystartowało sześć F-35 Lightning II. Pilotowane przez pilotów RAF amerykańskie supermyśliwce ruszyły w kierunku irańskich wybrzeży. Nadlatujące migi nie miały w starciu żadnych szans. Po powrocie na lotniskowiec w hangarach piloci malowali na kadłubach zielono-biało-czerwone rozety, emblematy irańskich sił powietrznych, które właśnie boleśnie upokorzyli. W oddali na morzu majaczyły dwa słupy dymu. To płonęły irańskie okręty, które próbowały zablokować cieśninę Ormuz, wąskie na 70 km wejście na Zatokę Perską. Codziennie przepływa tu kilkanaście wielkich tankowców wypełnionych wydobywaną przez Arabów ropą. Gdy Irańczycy postanowili zamknąć cieśninę i w ten sposób wywołać potężne turbulencje w światowej gospodarce, towarzysząca lotniskowcowi fregata HMS „Northumberland” odpaliła rakiety.

Świat znowu drżał, obawiając się, że morska potyczka wywoła wojnę na pełną skalę, ale premier w ogóle się tym nie przejmował. Jego poprzednicy kazaliby się lotniskowcowi wycofać, odczekaliby, aż na irańską prowokację odpowiedzą Amerykanie. Ale Johnson nie po to wyrywał swój kraj z objęć brukselskich biurokratów, by się wahać. Kazał atakować, pamiętając, ile zyskała premier Margaret Thatcher, gdy ruszyła na wojnę z Argentyną o Falklandy.

Jeszcze w 2018 r., w czasach gdy na czele państwa stała biedna Teresa May, a termin rozwodu z Unią ciągle się odsuwał w czasie, minister obrony Gavin Williamson zapowiadał, że gdy Zjednoczone Królestwo uwolni się od kajdan, zacznie globalną ekspansję i będzie budować bazy na świecie. Mowa była o Singapurze, Brunei w Azji oraz wyspie Montserrat na Karaibach i brytyjskiej Gujanie. W rządzie Johnsona Williamson został wprawdzie ministrem edukacji, ale jego plany po brexicie zaczęto wprowadzać w życie. Wyjście z Unii oznaczało dla Wielkiej Brytanii powrót do wspaniałej przeszłości. A przeszłość dla Brytyjczyków to przecież niezwyciężona flota, bazy w egzotycznych krajach, imperium. Johnson uderzał w podszytą nacjonalizmem nostalgię za czasami, gdy nad posiadłościami korony nie zachodziło słońce, by pokazać rodakom korzyści z opuszczenia europejskiej Wspólnoty. Pacyfistycznie nastawieni, bojący się podnieść głosu Niemcy, nieustannie strajkujący Francuzi, skupieni na swoich problemach, nie byli w stanie nadać Europie globalnego wymiaru.

Wspólna polityka zagraniczna, uzgadniana według zasady najmniejszego wspólnego mianownika, była w założeniu nieefektywna, skoro wielkie kraje Wspólnoty musiały brać pod uwagę państwa małe i peryferyjne z ich niezrozumiałymi fobiami. A przecież Wielka Brytania od stuleci wpływała na losy planety! Narodowa duma przepełniała serca wszystkich poddanych korony. Nawet w Szkocji, gdzie niepodległościowy zapał szybko zgasł.

W końcu było bowiem jasne, że gdy ktokolwiek stanie Brytanii na drodze, tak jak zrobiły to irańskie korwety w cieśninie Ormuz, z marszu zostanie zgnieciony… Chińscy marynarze pływający po wodach południowo-wschodniej Azji ze złością patrzyli na sylwetki okrętów Royal Navy, które przypominały im, że już nie tylko Amerykanie patrzą im na ręce.

To ostatnie było też czytelnym sygnałem dla Hiszpanii, która zaczęła ostrzyć sobie zęby na Gibraltar, brytyjską enklawę nad cieśniną prowadzącą z Atlantyku na Morze Śródziemne. Za czasów May rząd w Madrycie prowokował Brytyjczyków. Do granicy enklawy podpływały hiszpańskie niszczyciele. Rząd May ograniczał się do protestów, rząd Johnsona poszedł na zwarcie i przerzucił spore siły morskie na Gibraltar. Gdy Hiszpanie zaczęli się kręcić w pobliżu, brytyjskie okręty odbiły od nabrzeży. Włączono radary kierowania ogniem. Wyraźniej nie dało się powiedzieć Hiszpanom, by wracali do siebie.

Strzały padły – tyle że w powietrze – u wybrzeży Normandii, gdzie francuskie kutry zaatakowały brytyjskich rybaków łowiących przegrzebki, tuż za granicą wód terytorialnych Francji. Napastnicy chcieli przegonić Anglików, których od lat oskarżają o rabunkowe połowy małży, co doprowadza francuskich rybaków do nędzy. W ruch poszły kamienie i butelki. Anglicy odpłynęli. Kilka dni później wrócili w towarzystwie patrolowca Royal Navy. Gdy Francuzi ruszyli do ataku, działko pokładowe wypluło na postrach kilkadziesiąt pocisków. Brytyjski ambasador został z miejsca wezwany do MSZ, gdzie przez kilkanaście minut wysłuchiwał wściekłych tyrad dyrektora departamentu Europy. Z brytyjską flegmą odpowiedział mu, że Brytania chroni swoich obywateli na całym świecie. Gdy wyszedł z gabinetu, na ministerialnym korytarzu gwizdał „Rule Britania”, pieśń o tym, że Brytania ma rządzić światem.

Za to stosunki z Polską i krajami bałtyckimi kwitły. Ekspansywność Johnsona oznaczała kontynuację antyrosyjskiego kursu, na którym Londyn znajdował się od próby zabójstwa Siergieja Skripala w 2018 r. Berlin i Paryż dawno zeszły z tej ścieżki i ku radości swoich biznesmenów zgodziły się na złagodzenie sankcji za agresję na Ukrainę. Zastrzeżenia Polaków i Bałtów traktowano w Unii jako antyrosyjską fobię. Londyn tymczasem wysłał na wschodnią flankę NATO spory kontyngent. W zamian zyskał poparcie Warszawy, Wilna, Rygi i Tallinna w starciach z unijnymi eurokratami. Zachodnia prasa pisała pogardliwie o Polsce jako angielsko-amerykańskim kondominium. W Warszawie nikt się takimi głosami nie przejmował.

W Londynie Brukselą przejmowano się coraz mniej. Umowa handlowa z USA sprawiła, że wieszczony po brexicie gospodarczy krach nie nastąpił. Ameryka wyparła Europejczyków z Wysp.

 

***

 

Chlorowany kurczak w godle

 

W sadach Sandringham w hrabstwie Norfolk, 180 km od Londynu, jabłonie pozostawiono samym sobie. Rodzina królewska, która na 80 hektarach uprawiała jabłka przerabiane na soki i doskonały cydr, nie była w stanie opłacać ogrodników.

Szlachetne gatunki jabłoni dają wspaniałe owoce, ale wymagają żmudnej pielęgnacji. Same opryski przeciwko grzybom i szkodnikom kosztują fortunę. Przed brexitem sad był dla Windsorów dochodowym interesem. I to nie tylko dlatego, że cydr z Sandringham jako szlachetny trunek bardzo dobrze się sprzedawał.

Z budżetu Unii rodzina królewska dostawała prawie 800 tys. euro rolniczej dotacji. Po brexicie rząd borykał się z setkami problemów i nie mógł zrekompensować królewskiemu skarbcowi zastrzyku z Europy. W Sandringham Windsorowie postanowili za wszelką cenę uratować farmę trufli księcia Filipa. Sprzedaż szlachetnych grzybów opłacała się nawet bez unijnego wsparcia. Ale jabłonki zaczęły dziczeć, niektóre uschły. Niegdysiejsi zwolennicy pozostania w Unii mówili, że to zemsta historii za to, że rodzina królewska ani razu nie wzięła Europy w obronę. Książę William przypominał wprawdzie poddanym, że „w coraz bardziej niebezpiecznych czasach zdolność do jednoczenia się i współdziałania z innymi krajami ma zasadnicze znaczenie”, królowa Elżbieta raz wystąpiła zaś w Izbie Gmin w niebieskim kostiumie i kapeluszu z gwiazdkami na rondzie. Ale jasnego przekazu „zostańmy” Windsorowie nie wydobyli z siebie nigdy. A teraz ich sad bez unijnych pieniędzy popadał w ruinę. Jak cały kraj.

Wkrótce po brexicie Boris Johnson poszedł na kurs kolizyjny. Premierowi nie można było zarzucić, że jest głupim politykiem, miał wspaniałe wykształcenie, charyzmę, cynizm i lisią przebiegłość, które czyniły z niego nietuzinkowego przywódcę. Ale wielkie zwycięstwo w bitwie o brexit, odniesione mimo pasma bolesnych porażek w parlamencie, go oszołomiło. Johnson uznał, że skoro raz postawił na swoim, to uda mu się znowu. Gdy miesiąc po wyjściu negocjatorzy nowej umowy handlowej spotkali się po raz pierwszy, okazało się, że nie ma o czym rozmawiać. Upajające się wolnością brytyjskie kierownictwo nie chciało słyszeć o przyjmowaniu jakichkolwiek unijnych regulacji, co było warunkiem umowy o wolnym handlu. Okres przejściowy, w którym wszystko działało tak, jakby kraj ciągle był w Unii, kończył się w o północy 31 grudnia 2020 r.

Johnson liczył po cichu, że Unia zmięknie, tak jak w 2018 r. pójdzie chociażby na minimalne ustępstwa. Ale Unia pozostała harda. Szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen w dniu brexitu prawie się rozpłakała, co świetnie wyglądało w telewizji. W rzeczywistości jej otoczenie dawno się pogodziło z rozwodem i jak każdy zdradzony kochanek postanowiło się na Brytyjczykach odegrać. O ustępstwach nie było mowy. – Take it or leave it. Bierz albo spadaj – mówił Davidowi Frostowi, szefowi brytyjskich negocjatorów, jego odpowiednik z UE Michel Barnier.

Od stycznia towary przewożone do Wielkiej Brytanii musiały przejść odprawę celną. To samo czekało towary wysyłane z Wysp na kontynent. Drogi prowadzące do portów zatkały sznury ciężarówek, paraliżując ruch w południowej Anglii i wzdłuż francuskiego, belgijskiego, holenderskiego wybrzeża. W sklepach na Wyspach zaczęło brakować jedzenia. 30 procent żywności do tej pory sprowadzano z kontynentu. Do aptek leki przyjeżdżały w konwojach w wojskowych magazynach. Kraje Unii na gwałt zmieniały procedury celne, by rozładować korki, bo to leżało w unijnym interesie. Johnsonowi nie zamierzały jednak pomagać.

Premier jeszcze przed brexitem zapowiedział, że zniesie cła na większość produktów z Unii, by nie dopuścić do fali podwyżek. Ale ceny i tak rosły, a funt tracił wartość. Unia obłożyła taryfami cały brytyjski eksport. Rolnictwo, przemysł, sektor finansowy przeżyły szok.

Johnson liczył, że zerwane więzi z kontynentem zrównoważy umowa z USA, którą obiecał mu Trump. Ale gdy rozpoczęto negocjacje, okazało się, że Amerykanin nie jest Świętym Mikołajem i zamierza zarobić.

Brytyjczycy zrozumieli, dlaczego Unia wprowadzała tyle przepisów. Unijna biurokracja pilnowała standardów żywności z myślą o zdrowiu ludzi. Umowa, jaką wymusił Trump, oznaczała, że amerykańscy farmerzy mogli sprzedawać na terenie Królestwa mięso zwierząt, które faszerowano hormonami, a po uboju dezynfekowano wodą z chlorem. – Jem to od lat i nic mi nie jest – przekonywał brytyjskich dziennikarzy Trump przed podpisaniem umowy.

Amerykańskie korporacje zaczęły kupować cienko przędące firmy. Szybko pojawiła się konkurencja z Chin łakomie patrząca na brytyjską infrastrukturę. Zakup kilku średnich lotnisk i portów w Anglii unaocznił nawet Nigelowi Farage’owi, że Wielka Brytania nie wróciła do imperialnej roli.

Przeciwnie. O oderwaniu się i powrocie do Unii coraz głośniej mówili biedniejący Szkoci. W Irlandii Północnej dojrzewał plan połączenia z resztą wyspy. A w ostatnich tygodniach zaczęli szemrać nawet Walijczycy, którzy po blisko sześciu wiekach unii z Anglikami czuli się Brytyjczykami i dotąd wystarczało im pielęgnowanie rodzimego języka w szkołach. – Gdyby nie brexit, gdyby nie lekkomyślna i narcystyczna polityka, żyłoby się nam lepiej – te słowa w ustach walijskich posłów w Izbie Gmin brzmiały coraz bardziej serio...

2 comments

#1, by Hania, on 04 February 2020, 7:13 am

Well, I guess EU has now 1GB of free space ;)

#2, by Cottage, on 04 February 2020, 8:36 pm

andrzejrysuje: strefa wolna od GB

Comment

You must be logged in to comment. Register to create an account.