18 December 2018

Kazimierz Kutz powtarzał: Jak chcesz coś zrobić dla Śląska, musisz z niego wyjechać

Michał Smolorz

18 grudnia 2018 | 16:39

 

Kazimierz Kutz często powtarzał: "Jeśli chcesz coś zrobić dla Śląska, to musisz stąd wyjechać". Niemal 20 lat temu, w styczniu 1999 roku Michał Smolorz wyjaśniał, skąd brało się u niego to przekonanie. Przypominamy ten tekst.

 

Szopienice są dziś legendą. Zupełnie nie wiadomo, dlaczego stały się symbolem śląskości i zaczęły uchodzić za coś magicznego, nawet pięknego i pełnego swoistej duchowości. Kto się tu urodził i wychował, kto zna każdy zaułek tej mieściny – nigdy nie odgadnie, dlaczego tak się stało.

Dla postronnego obserwatora mogłaby nawet być synonimem brzydoty. Zwłaszcza dziś, gdy na starą zabudowę z początku stulecia, stawianą bez większego zastanowienia, tu i ówdzie nałożyły się lata zwykłego zaniedbania, postępująca ruina, status zapuszczonego peryferium Katowic, gdzie coraz częściej diabeł mówił: „dobranoc".

Grupa światowców z Szopienic

Jest oczywiście genius loci, musi być bowiem wytłumaczenie dla swoistego fenomenu. Bywa bowiem na Górnym Śląsku sporo takich zjawisk, że oto nagle w zaciszu jakiejś mieściny dzieje się coś niezwykłego. Oto gdzieś w Pszowie, w ciągu dwu pokoleń wyrosło tylu księży, że można nimi obsadzić parę dekanatów. A w Szopienicach nagle, w jednym pokoleniu, urodziła się grupa światowców, którzy wystrzelili z zapyziałych podwórek do high life'u i prawie wszyscy szybko starali się o nich zapomnieć, wstydząc się nieraz powiedzieć, skąd wyszli.

Nie urodzili się w mieszczańskich kamienicach, wyrośli pośród hasioków i czerwonych murów – jedni w miarę normalnych rodzinach, inni nawet na społecznym marginesie. Wystarczy wymienić złotych sportowców Janusza Sidłę i Czesława Białasa, wielkiego i oryginalnego malarza Hilarego Krzysztofiaka, berlińskiego poetę i tłumacza Henryka Bereskę i jeszcze paru. Ale nade wszystko Szopienice są domeną Kazimierza Kutza, stały się jego niezatartym piętnem, a czasami nawet przekleństwem, od którego bezskutecznie kilkakroć usiłował się odciąć – i zawsze upiór wracał. Było to dość charakterystyczne dla całego jego pokolenia. Cóż takiego tkwiło w nich, że byli skazani na Śląsk, choć tego nie chcieli?

Kutz, szopienicki gruchlik

Istniała ciekawa granica, która wyraźnie oddzielała ludzi urodzonych do 1927 roku od tych późniejszych. Ci pierwsi zaznali w sposób dosłowny przekleństwa wojny, w większości znaleźli się w szeregach Wehrmachtu lub innych niemieckich formacji.

Nie czarujmy się – nieraz trafiali tam na ochotnika, z zawadiackim przekonaniem o szansie na wielką przygodę i zdobywanie świata. Przeszli przyspieszony kurs dorosłości, zaznali goryczy klęski, a po wojnie wracali z sowieckich lub alianckich lagrów z mocno przetrąconymi kręgosłupami. Zostawiali w rodzinnych domach młodszych braci, dla których wojna nie znaczyła zbyt wiele. Jak dawniej chodzili do szkół, popołudniami brykali po brudnych podwórkach, grali w szmacianą piłkę. Chodzili na zbiórki Hitlerjugend na takiej samej zasadzie, jak przed wojną do harcerstwa. Kiedy rodzice byli w potrzebie, to zbierali węgiel na hałdach.

W tej grupie wyrastał urodzony w 1929 roku Kazimierz Kutz, szopienicki gruchlik, jakich tu było pełno. Starszy brat w niemieckim mundurze, ojciec na kolei stukał młotkiem w wagonowe ośki – i życie toczyło się całkowicie normalnie.

Wystarczyło założyć czerwony krawat

Lata powojenne dla tego pokolenia wcale nie były żadnym przekleństwem, „nową okupacją", „okresem zniewolenia", jak często dziś oceniają je publicyści. Wchodzący w dorosłe życie górnośląscy nastolatkowie z dużą ochotą przyjęli hasła głoszone przez ówczesną władzę. Ludzie dojrzewający pośród chlewików, spędzający żywot między klopsztangą a gnojokiem, poczuli nagle szansę zakosztowania zupełnie innego świata.

Nowy system oferował im uniwersytety, zaprosił ich na salony, które dotąd mogli tylko sobie wyobrażać, dzielił między nich majątek zabrany bogaczom.

Cena za te okruchy wielkiego świata była w sumie niewielka: wystarczyło założyć czerwony krawat, chodzić na zbiórki czy zebrania, maszerować z flagą w pochodzie. Nie było to żadne wyrzeczenie: niektórzy zmienili tylko kolor koszul, spodenek, krawatów i flag, muzyka z gigantofonów była trochę inna, lecz też nie za bardzo. W sumie nigdy nie traktowali tych symboli zbyt poważnie – był to jeszcze jeden rodzaj młodzieńczej aktywności.

Wielu z tych młodzieńców i panien, którzy ochoczo przystali na zaproponowane im warunki, zaczęło coraz bardziej oddalać się od dotychczasowego życia. Nowa władza nie wymagała tego od nich zbyt nachalnie, oni sami zaczęli wstydzić się przeszłości. Cała ta przeklęta śląskość zaczynała im ciążyć, zauważali swoją inność i gorliwie postanowili się jej pozbyć. Język, jaki wynieśli z domów, był inny, a w ich mniemaniu fatalny, więc po nocach ćwiczyli w akademikowych ubikacjach prawidłową wymowę. Bywali w tym komiczni, gdy np. w morderczych treningach wypracowywali sobie przedniojęzykowe „ł". Można ich było uszczęśliwić banalnym stwierdzeniem: „Pan ze Śląska? Nic po panu nie słychać".

Grzechy generacji

Na potęgę zmieniali nazwiska. Nie tylko te brzmiące z niemiecka, ale przede wszystkim te tradycyjnie śląskie; coraz mniej było „Stolorzy", za to przybywało „Stolarzy”, a jeszcze więcej „Stolarskich". Bardzo niechętnie zapraszali do rodzinnych domów przyjaciół z nowej sfery. Gdy już do tego dochodziło, to najchętniej mówiących gwarą rodziców zamykali w chlewiku, albo przynajmniej błagali, by nie odzywali się ani słowem. Kiedy z biegiem lat sami rodzili dzieci, to lali je pasem, gdy przypadkiem powtórzyły zasłyszane u babki gwarowe zwroty. Byli bardzo lojalni wobec nowej władzy, bo żyli w głębokim przeświadczeniu, że ona wyrwała ich z przekleństwa urodzenia w niewłaściwym miejscu i pozwoliła wyrwać się ku wielkiemu światu.

Sam Kazimierz Kutz nie ustrzegł się żadnego z grzechów swojej generacji. Gdy wybrał szkołę filmową w Łodzi, całkiem świadomie zdecydował się na kosmopolityzm, który szalenie mu imponował. Był dlań przepustką na parkiety, z której gorliwie korzystał. To brzmi dziś niewiarygodnie, ale rodzinny Śląsk mógł dlań wówczas nie istnieć, a najlepiej, gdyby dało się o nim w ogóle zapomnieć. Chciwie łykał atmosferę stołecznych salonów i kawiarń, łudząc się naiwnie, że jest częścią tamtego świata.

A jednak, kiedy dziś patrzy z dystansem na tamten okres, to w skrytości ducha wie, że czuł się tam obco i tak właściwie nigdy nie został w pełni uznany za swojego. Dobiegając czterdziestki, siedział przy kieliszku i rozmyślał, czy być jeszcze jednym sfrustrowanym warszawskim reżyserem i czekać na okazyjne chałturki, czy jednak poszukać lepszego miejsca w życiu.

Śląskość wyciągnęła ręce

I wtedy po raz pierwszy upomniał się o niego Śląsk. Szczęśliwy zbieg okoliczności doprowadził do powstania „Soli ziemi czarnej", na co złożyły się i rozmyślania reżysera nad własnym życiem, i Jerzy Ziętek na wojewódzkim stołku w Katowicach. Film ten stał się i do dziś pozostał niezwykłym zjawiskiem w polskiej sztuce. Intelektualne rozumienie polskości sprowadzało się dotąd do rozpamiętywania i mielenia na okrągło filozofii Kresów Wschodnich. Kutz pokazał, że Polska ma także kresy zachodnie; co więcej, że w fascynujący sposób mogą być przedmiotem uprawiania sztuki.

Feudalna wschodnia Polska, ze swoimi dworami i relacjami między arystokracją a chłopstwem, wydawała się być niezastąpioną wartością w literaturze, teatrze czy filmie. Olśniewający stał się na tym tle proletariacki Śląsk bez własnej arystokracji, z zupełnie innym spojrzeniem na świat, na polskość, na patriotyzm.

Reżyser odkrył w sobie cały balast pochodzenia z tego nieznanego miejsca na ziemi i podejrzewam, że sam był zaskoczony efektem swojej pracy – absolutnie zanegowała ona całą jego dotychczasową drogę życiową. Na tej fali powstała równie wspaniała „Perła w koronie", przypieczętowując Kazimierzowi Kutzowi metkę na twarzy, której nigdy już nie zdoła od siebie odczepić. Śląskość łapczywie wyciągnęła po niego ręce. Był to okres, w którym w Katowicach tworzyło wielu uznanych twórców. Żaden jednak nie uczynił z niej wartości intelektualnej, twórczej.

Reparacje wojenne

Teraz trzeba było wykorzystać impet pierwszego uderzenia. Wszyscy chcieli Kutza i jego twórczości. W katowickiej telewizji był głównym reżyserem, stworzono dlań zespół filmowy Silesia, miało tu być małe Hollywood z wielką wytwórnią i szkołą filmową.

A jednak z biegiem lat wszystko się rozmywało. Po odejściu na emeryturę Jerzego Ziętka moda na śląskiego twórcę coraz bardziej słabła. Imperium Ajatollaha Dezembra nie bardzo wiedziało, co zrobić z kłopotliwą pozostałością po grubym wojewodzie. W końcu zmieniono kierownictwo zespołu filmowego, zmieniono kierownictwo telewizji, dyskretnie wyproszono reżysera z grona profesorów Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego i nawet katowickie środowisko teatralne niezbyt chętnie patrzyło na jego obecność, od zawsze mając wobec niego kompleksy. Na koniec był jeszcze wybuch 1980 roku, poprzedzony trzecią częścią umownej trylogii – „Paciorkami jednego różańca". Kazimierz Kutz wrócił wtedy na krótko na stanowisko głównego reżysera katowickiej telewizji, lecz jest to już tylko wstęp do stanu wojennego.

Rozgoryczony idiotycznym internowaniem, osamotniony i nieużyteczny w rodzinnych stronach, po raz drugi wyjechał „na zawsze". Zarzekał się wtedy, że ma ostatecznie dość Śląska, że już nigdy nie da się na to nabrać.

Ochoczo przyjął pomoc generała Kiszczaka w przeprowadzce do Warszawy, mieszkanie w stołecznym prominenckim osiedlu nazwał „reparacjami wojennymi” i stale odgrażał się, żeby nikt mu już nic nie mówił o rodzinnych stronach. A jednak jego miłość do stolicy pozostała jednostronna. Come back na stołeczne salony nie przyniósł na dobrą sprawę nic nowego. Warszawka i tym razem nie zaakceptowała go do końca, tak jak przedtem pozostawał tylko dziwnym outsiderem. Znalazł więc sobie miejsce w Krakowie, gdzie dla odmiany przyjęto go serdecznie, zaakceptowano takiego, jakim jest, i na dodatek rozwinięto niespotykane od czasów Ziętka możliwości uprawiania sztuki reżyserskiej. Stworzył tam prawdziwe imperium teatru telewizji, któremu poświęcił się w całości.

Nic, co górnośląskie nie może się obyć bez Kutza

Nie wiem, jak było w skrytości Kutzowego ducha, lecz podejrzewam, że gorliwie czekał na rok 1989. I czekał na propozycję z Katowic, dotyczącą filmu o kopalni Wujek. Nawet gdy zapierał się rękami i nogami, gdy zarzekał się, że „nigdy więcej” – czekał cierpliwie na tę szansę. To zaparcie się z 1982 roku nie miało bowiem nic wspólnego z tym z 1945 roku. Było li tylko wyrazem rozgoryczenia i rezygnacji, bo po „Soli ziemi czarnej” nic już nie mogło być jak dawniej, już trzeba było żyć z piętnem skazania na śląskość.

Erupcja regionalnych fascynacji, jaką przeżywamy od 1989 roku, jest od początku do końca przeżarta kutzowatością. Górny Śląsk, jaki usiłujemy odtworzyć w ciągu ostatnich 10 lat, jest de facto materializacją jego filmowej ballady. Regionalni działacze w swoich wystąpieniach i deklaracjach, publicyści w swoich artykułach, nawet profesura w swych poważnych opracowaniach, zajmują się ciągle i niezmiennie tylko obróbką mitu stworzonego przecież na użytek sztuki. Sami kreujemy siebie wedle wizerunku bohaterów tamtych opowieści. Reżyser mimo woli stał się swoistym guru, więc praktycznie nic, co górnośląskie, nie może obyć się bez jego nazwiska. Konkursy, festiwale, polityka, telewizja, film, książki, wywiady, talk-show, kolejne jury, komisje, rady, doradztwa, konsultacje...

Jeśli ktoś szuka autorytetu w śląskich sprawach, musi trafić do Kazimierza Kutza. Śląsk wielkim krzykiem upomniał się o niego, czasami nawet wbrew jego woli. Właściwie kwestią czasu były tylko polityczne zaszczyty, więc dzisiejsze senatorstwo jest jak najbardziej naturalnym elementem tej fali.

Czy żona rzeczywiście myła górnikowi nogi?

Mogłoby się wydawać, że ten entuzjazm jest powszechny, że artystę wszyscy kochają i tylko noszą go na rękach. To jednak tylko złudzenie. Z ludźmi wyrastającymi nad naszą przaśną glebę nigdy do końca nie wiemy, co zrobić. Jest to dość charakterystyczna odmiana polskiego piekiełka, niestety bardzo dokuczliwa i często paraliżująca. Wbrew pozorom Górnoślązacy dość nieufnie przyjmowali filmowe dokonania swojego ziomka. Kiedy po raz pierwszy oglądali siebie samych w kinie, wartości artystyczne były mniej ważne. Prowadzono wtedy ogólnospołeczną dyskusję, czy żona rzeczywiście myła górnikowi nogi, czy też przychodził on z kopalni wykąpany – i to było przez parę miesięcy największym problemem regionalnym.

Nie lepiej było i współcześnie. Przypomnijmy tylko słynną uchwałę zdominowanego przez Związek Górnośląski prezydium sejmiku samorządowego, mającą przeszkodzić Kutzowi w kandydowaniu do Senatu.

Sam twórca ma już wystarczająco dużo lat i artystycznego oraz społecznego dorobku, by patrzeć na to wszystko z dystansem. Ma świadomość, że już nigdy nie oderwie się od szopienickiego podwórka, które od pół wieku upomina się w jego życiu o swoje. Jest na nie skazany i nim napiętnowany. Ukuł więc sobie powiedzenie, które przy każdej możliwej okazji powtarza; ma ono być samorozgrzeszeniem z Piotrowego zaparcia się, z prób dystansowania się wobec korzeni, z nieskuteczności odrywania się od tego piętna. Brzmi ono tak: Jeśli chcesz coś zrobić dla Śląska, to musisz stąd wyjechać. Nieraz myślałem, że to banał i próba neutralizowania wyrzutów sumienia. Chociaż... być może wielu z nas, gdy dojdzie do siedemdziesiątki, przyzna autorowi rację.

 

 

Kutz. Ostatni z Wielkich, nauczyciel

Piotr Mikucki

13 grudnia 2018 | 16:00

 

Przy całym deklarowanym publicznie ateizmie Kazimierza Kutza jego śląskie filmy, odprawiane przez niego wspólnotowe rytuały to najgłębsza refleksja religijna w historii polskiego kina. Laudacja na cześć wybitnego reżysera, doktora honoris causa łódzkiej Filmówki

 

Dr hab. Piotr Mikucki - ur. w 1957 r., reżyser, dziekan Wydziału Reżyserii Filmowej i Telewizyjnej Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi, członek Polskiej Akademii Filmowej. Promotor w postępowaniu o nadanie Kazimierzowi Kutzowi tytułu doktora honoris causa

 

Kutz. Dlaczego Kutz? Czy nie jest to oczywiste? Ponad pół wieku pracy artystycznej. Sto pełnometrażowych przedsięwzięć fabularnych, w kinie, telewizji, teatrze. Honorowy Orzeł Polskiej Akademii Filmowej za osiągnięcia życia. Platynowe i Złote Lwy gdyńsko-gdańskie. Autor książek. Nasz absolwent.

Tak, tak, wiem, Panie Kazimierzu, że nie jest Pan naszym absolwentem. W „Książce ewidencyjnej” Uczelni zapisano pod numerem 157 z roku 1949, że niejaki Kuc Kazimierz „dnia 12 stycznia 1955 roku na podstawie zdania wszystkich egzaminów, odrobienia ćwiczeń i projektów  objętych programem studiów oraz odbycia praktyk wakacyjnych” uzyskał - jedynie  - absolutorium, ale wiem też o ustnej umowie, na mocy której miał Pan mieć możliwość wystąpienia o dyplom Szkoły w roku 1957 za swój kluczowy, współautorski wkład w jeden z największych filmów w historii kina, „Kanał”. Umowie niedotrzymanej.

Dziś otrzymuje Pan dyplom bez porównania cenniejszy, doktorski, a nie magisterski, honorowy. Jest Pan jednym z naszych 15 doktorów honoris causa, jednym z 13 polskich, jednym z dziewięciu reżyserów, dla mnie ukochanym i wyjątkowym.

***

Dlaczego Pan? Każdy, każde z nas, wiem - nie darowałby mi Pan tej wyłącznie męskiej formy - a więc: każde z nas ma swoją nieco inną na to pytanie odpowiedź.

Dorobek artystyczny? To wszystko jest w recenzjach, biografiach, na taśmach, dyskach i papierze. Tak, to warunek konieczny, ale nie wystarczający.

Co czyni więc kompletnego artystę? Czy artystę czyni artyzm? Czerwone dywany? Pragnienie innych, młodszych, by naśladować jego sukces? Mam inne kryteria. O nich - na końcu.

Patrzę na Pana od blisko pół wieku, z daleka, ale czasem z bliska, mam okazję przez te naprawdę prawie 50 lat, od chwili, kiedy zobaczyłem „Sól ziemi czarnej”, do czynienia wielu porównań i widzę w Panu człowieka kompletnego. Pani Profesor Krystyna Zwolińska mówiła o Janie Cybisie: „Był to wyjątkowy okaz gatunku ludzkiego”. Wyjątkowy, czyli rzadki. Unikalny. Przychodzi mi to na myśl, gdy piszę, gdy mówię o Panu.

Czytaj także:

Kutz odprawia mszę dla Śląska. Wójcik pokazuje, jak widzialne służy niewidzialnemu. Wybitni artyści uhonorowani w Łodzi

Do dziś pamiętam dzień, gdy odwiedziłem Pana w jakiejś czysto zawodowej sprawie, było to w połowie lat 90., a Pan, zaproponowawszy kieliszek nalewki, zaczął rozmowę o porządku dnia w życiu człowieka, którą skończył Pan trochę zwierzeniem, ale bardziej chyba nauką dla mnie. Powiedział Pan: „Wieczorem podsumowuję swój dzień, jeśli nie zrobiłem w jego ciągu nic dobrego, uznaję go za stracony”.

Buddyści mówią o trzech poziomach nauczyciela. Zewnętrznym, wewnętrznym, tajemnym.

Zewnętrzny? Kutz tak powiedział. Wewnętrzny? A może zastanowię się nad tym, co dobrego dziś zrobiłem? Tajemny - to internalizacja, odruchowe postępowanie wynikające z nauki Kutza. Jeśli udało mi się w moim niedoskonałym życiu wejść na lepszą ścieżkę, to dzięki Panu. To Pan był jednym z tych nielicznych, którzy pędzącemu wtedy autostradą do sukcesu ambitnemu i już niezbyt młodemu filmowcowi otworzyli małą furteczkę w bok, też prowadzącą do celu, ale o ile piękniej i pożyteczniej.

Miałem wtedy prawie 40 lat. W rozmowie z Elżbietą Baniewicz, opublikowaną w książce o znamiennym tytule „Z dołu widać więcej”, powiedział Pan o swoim kryzysie 40-latka. Uciekł Pan, bohater Stendhala, skutecznie przebijający się z nizin do elit intelektualnych Warszawy, z błyszczącego świata sukcesu do domu, na czarny Śląsk. W Warszawie zaszczycali Pana przyjaźnią Tadeusz Konwicki i Stanisław Dygat (a może to Pan ich zaszczycał?), Starsi Panowie Przybora/Wasowski pisali o Panu piosenki (przyzna Pan - pouczające i trafiające w sedno Pana rozterek i stendhalowsko-kutzowskiej koncepcji „krystalizacji uczuć”), a Pan przy udziale i pomocy Pańskiego brata Henryka wrócił do siebie, do Szopienic. Wybrał Pan śląsko-buddyjskie odosobnienie nad sławny katalog pięknych aktorek zawodowych i naturalnych tworzony już od czasu, gdy był Pan asystentem reżysera w „Pokoleniu”, przez Pana i grono, jak to Pan kiedyś powiedział, kolegów-korespondentów. Po 15 latach musiała to być pokaźna księga, prawda?

Mniejsza o to. Dlaczego mówię o odosobnieniu, pustelni (tu znów trafiamy na Stendhala) śląsko-buddyjskiej? Nie dlatego, by trwale porzucił Pan zmysłowość świata. O nie, znamy Pana zbyt dobrze, świat jest dla Pana niczym bez piękna kobiety, bez miłości. To Pan powiedział przecież, że jeśli warto żyć dla czegoś, to dla miłości. Rozumie Pan jednak tę miłość szeroko, nie jako niewart zachodu, energii i czasu chwilowy szał zmysłów. Miłość dla Pana, jak i dla innych wielkich nauczycieli, tych buddyjskich, osiągających w nas poziom nauczyciela tajemnego, to coś wykraczającego poza egoistyczne spełnienie. Miłość to życie dzieleniem się z innymi, to życie dla pożytku innych.

Czytaj także:

Szef katowickiego PiS-u lustruje majątek chorego Kazimierza Kutza. "Himalaje żenady"

Pana kryzys dojrzewającego mężczyzny zaprowadził Pana na kanapę w mieszkaniu brata, roczny namysł na niej doprowadził Pana do wyśnienia „Soli ziemi czarnej”, daru dla sióstr i braci, których jak Julian Sorel z „Czerwonego i czarnego” czy Fabrycy del Dongo z „Pustelni parmeńskiej” opuścił Pan dla Stolicy. Jak napisał Henryk Mann w ślad za pewnym księciem z podpirenejskiego Foix, późniejszym królem Francji Henrykiem Walezjuszem: „Paryż wart jest mszy”.

Jakie były Pana koncesje dla Warszawy? Nie wiem. Widzę za to, że odprawił Pan, wciąż Pan odprawia, wielką mszę dla swojego Śląska. Jest Pan jego kapłanem, ostoją. Chciałbym powiedzieć, że mógłby Pan do nich, Ślązaków, krzyknąć: „Nie lękajcie się, ja jestem!”, ale dzisiejszy obrót spraw, śląskich i polskich, jest znów tak samo rozpaczliwy jak w czasie zawłaszczenia Górnego Śląska przez warszawsko-kresowych piłsudczyków, a potem zagłębiowsko-moskiewskich komunistów. Dziś włada chamski kapitalizm i cynizm rzekomego suwerena.

Co będzie jutro? Pana filmy, książki, działalność polityczna i publicystyka są arką, w której przechowane zostaną wartości, na których straży stały Pana babka i matka, które pielęgnowali Pańscy (zarówno, jak Pan powiedział, lewaccy, jak i katoliccy) nauczyciele gimnazjalni. Ścigali się o rząd dusz nad wami, zawsze i po obu stronach sporu właśnie w duchu wartości.

Pana późniejsza działalność dla pożytku śląskiego odbije się też światłem w stronę naszej wciąż zruszczonej, a teraz jeszcze i zamerykanizowanej centrali. Wierzę w to i życzę tego Panu oraz sobie. Pana Ślązacy wyjdą jeszcze z kopalni, spotkają się pod Krakowem z rycerzami spod Giewontu i nie trzeba będzie nawet ruszać na Warszawę, by coś się zmieniło.

Michnik: Kutz uczy Polaków tolerancji i wrażliwości na odmienność

***

Rozmawiałem kiedyś z niepośledniej próby polskim intelektualistą - tak, są jeszcze tacy - mocno i jednoznacznie, cokolwiek by się działo, stojącym po stronie Kościoła katolickiego. Gdy namawiał mnie do, jak to powiedział, nawrócenia, odparłem, że nie potrzebuję Boga i struktur, by starać się, najczęściej skutecznie, postępować moralnie. Usłyszałem paternalistyczne żachnięcie, że ja to może i owszem, ale „lud” będzie bez tego zagubiony.

Pana ścieżka życiowa, Panie Kazimierzu, jest świadectwem spojrzenia szerszego niż tylko chęć wyzwolenia z oków wiary w arbitralne dogmaty. Porzucił Pan wiarę w Boga jako młodzieniec, Pana matka zaakceptowała to, podobnie jak agnostyczną ścieżkę Pana brata. Cóż lepszego może zrobić rodzic, niż zrozumieć pragnienie wolności dziecka i zaufać mu?

Czytaj także:

Kazimierz Kutz: Moje pogawędki

Pan odpłacił jej i swoim Ślązakom przy całym swym, przynajmniej deklarowanym publicznie ateizmie, zrozumieniem i akceptacją wagi w życiu człowieka i społeczności ducha religii, istoty Dekalogu. Pana filmowa wielka msza dla Śląska jest gmachem najgłębiej pojmowanej chrześcijańskiej religijności. Jej fundator, jeśli dobrze czytam pisma jego uczniów, chciał budowania wspólnoty, a nie wyłączania innych poza nią pod groźbą ognia piekielnego. Pana śląskie filmy, Pana rytuały wspólnotowe, cytowane i odprawiane przez Pana to najgłębsza w moim odczuciu refleksja religijna w historii polskiego kina.

Jeśli więc jedną z miar kompletnego człowieka i artysty jest praca dla dobra innych, to mierzony nią jest Pan olbrzymem. My, lenie z Kongresówki - przepraszam obecnych: nie wszyscy - jesteśmy częściowo usprawiedliwieni. Pan dostał dobrą szkołę, jak sam Pan powiedział: „Wyrosłem w świecie konkretnej pracy, w okrutnym pejzażu i moim otoczeniem była zawsze zbiorowość familijna, pokolenia żyjące w tym samym miejscu, dziedziczące zawód i obyczaje. W takim środowisku kontrola społeczna człowieka była więc konkretnej próby, dlatego mój strach, przy tej mojej ekstrawaganckiej karierze, był autentyczny. Musiałem się wykazać i pokazać, że różne ograniczenia narzucone przez urodzenie można pokonać”.

To był program minimum, Panie Kazimierzu. Nie wiem, jak wielkie długi wobec rodziny i Pana społecznego otoczenia Pan miał, ale jeśli ktoś jeszcze czegoś się od Pana domaga, to protestuję - długi spłacone, to my od dawna zaciągamy u Pana swoje. Widzę to jako - jak to się mówiło kiedyś - „sztafetę pokoleń”. Sformułowanie podejrzanie socjalistyczne, a przecież zakorzenione w Biblii. Tajemnice nauk przekazuje się z ojca na syna, z nauczyciela (nauczycielki!) na ucznia, z proroka na wyznawców. Jakkolwiek to Państwo rozumieją, proszę, by w tym przypadku przekaz nie zaniknął.

Lękam się nie bez powodu. Mniej więcej 15 lat temu był Pan tu u nas. Spotkanie planowane dla czwartego roku reżyserii uczyniliśmy otwartym dla całej Szkoły. Sala Senatu pękała w szwach. Ludzie słuchali przez drzwi z korytarza, stali pod oknami. Nie wiem, czy spodziewali się Świętego Graala, tajemnicy sukcesu, ale Pan mówił przez godzinę o powinnościach reżysera wobec miejsca, z którego się wywodzi.

Było o Śląsku, ale było i o Łodzi, i o Szkole. Szkole, którą uznał Pan wtedy za swoją drugą małą ojczyznę. Za to jako łodzianin i dziekan wydziału Panu ogromnie dziękuję. Mówił Pan porywająco, nikt z naszych nauczycieli tak do nas nie mówił, może na swój sposób Andrzej Brzozowski, może Kazimierz Karabasz sączył w nas te przekonania. To była ta wielka tajemnica sukcesu, na którą czekali zebrani. Zarządziłem wtedy rejestrację Pana wypowiedzi, ale w naszym polskim bałaganie nagranie zaginęło. Szukam tego Świętego Graala do dziś. Znajdę.

***

Wspominałem już tu panią profesor Krystynę Zwolińską. To ona mówiła nam o trzech nieodzownych składnikach sztuki: Bonum - Pulchrum - Verum.

Bonum - Dobro. Pulchrum - Piękno. Verum - Prawda.

Kwestię dobra mamy tu już chyba omówioną, a piękno? Cóż, przecież Państwo wiedzą - estetyczne ubóstwienie przez Kutza zjawiska kobiecości... Same jego wypowiedzi na tylko ten temat konstytuują artystę. Mam jednak jeszcze inne dowody. Poza absolutnym, kosmicznym pięknem „Nikt nie woła”, za które współodpowiada drugi z bohaterów dzisiejszej uroczystości, pan profesor Jerzy Wójcik [operator], chcę przywołać „Sól ziemi czarnej”.

Znów trafiamy tu na Pana ulubionego pisarza. Czy znają Państwo „syndrom Stendhala”?

„Syndrom Stendhala - jak mówi nasza ukochana i nieoceniona Wikipedia - to rodzaj zaburzenia somatoformicznego, przejawiającego się przyspieszonym biciem serca, zawrotami głowy, dezorientacją, a nawet halucynacjami powstającymi u niektórych osób na widok wspaniałości, dzieł sztuki i zabytków zgromadzonych na małej przestrzeni. Nazwa tego zjawiska wywodzi się od opisanej w pamiętnikach z 1817 r. francuskiego pisarza Stendhala słabości, której doznał on, przyjechawszy do Florencji, po zwiedzeniu galerii Uffizi, odwiedzeniu grobu Dantego w kościele Świętego Krzyża, obejrzeniu »Dawida« Michała Anioła. Musiał po tych wrażeniach kilka dni spędzić w łóżku z gorączką, a kiedy zdecydował się wyjść ponownie na ulice miasta - doznawał znów, jak sam to opisał, »gwałtownego kołatania serca«.

Zjawisko to nazwała po raz pierwszy włoska lekarz psychiatra Graziella Magherini w roku 1979, która zauważyła we Florencji więcej tego typu reakcji na nagromadzenie dzieł sztuki, gdy pracowała w tamtejszym szpitalu Santa Maria Nuova. Syndrom Stendhala zdiagnozowano po raz pierwszy w roku 1982”.

Czytaj także:

Kazimierz Kutz: Polska jak pies wyciepnięty z auta

Stoi przed Panem człowiek, który w kontakcie z „Solą ziemi czarnej” w kinie Pionier przy ulicy Franciszkańskiej w Łodzi doznał wspomnianego „zaburzenia somatoformicznego”. Było przyspieszone bicie serca, zawroty głowy, dezorientacja, nawet coś w rodzaju halucynacji w drodze do domu. Nie ma w tym filmie brutalnej bezpośredniości „Idź i patrz”, której można by przypisać wstrząs, jakiego doznałem. Jest czyste, wyśnione podobno przez Pana, piękno. I to ono funduje nam stendhalowskie zaburzenia.

Bonum - Pulchrum - Verum. Co z prawdą? Dziś, w czasach postprawdy. Zawstydzającej bezczelności w publicznym szerzeniu kłamstwa. Czym ona jest? Może jednak tym, czym zawsze była. Zgodnością z trzeźwo, rozumowo postrzeganą rzeczywistością? A może jednak dalej? Może nie ma prawdy bez dawania jej świadectwa? Bez mówienia rzeczy niewygodnych innym, zagrażających naszemu bezpieczeństwu, karierze. Bez odwagi powiedzenia czegoś głośno, bez odwagi odmowy. Bez czegoś, co łagodnie zwane jest koniunkturalizmem, a co jest często po prostu świństwem?

Przy Pana, jak Pan sam napisał, lewackich poglądach młodzieńca z robotniczych Szopienic, przy Pana harcersko-omturowskiej postawie i predyspozycjach drużynowego, przywódcy, mógł Pan w PRL-u trafić do świata socjalistycznej władzy. Tak się jednak nie stało.

Zmienił Pan życie tak wielu ludzi, a jeden ludzki los zdecydował o czymś jakby za Pana. To dla mnie najbardziej poruszające z Pana publicznych zwierzeń:

„Zacząłem chodzić z jedną ze ślicznotek, niejaką Irenką P., i z nią przeżyłem pierwsze rozkosze randek i pocałunków w prochowcu matki, wykradzionym potajemnie.

Potem weszli Rosjanie, i gdy druga ślicznotka, jasnowłosa o złotawej karnacji, cała w meszkach jak brzoskwinka, szła po wodę z wiadrem, czerwonoarmiści wciągnęli ją do wagonu i zgwałcili seryjnie. Po paru dniach ją zobaczyłem. Przybyło jej 20 lat i umarła jej uroda. To największa tragedia, jaką pamiętam i jaką widziałem w tamtych latach. Nawet mój ojciec powstaniec stojący pod szubienicą skazańca, jako jeden z następnych do publicznej egzekucji, mniej mnie dziś trapi niż obraz tamtej dziewczyny.

Barbarzyństwo czerwonoarmistów i zamordowanie piękna jasnowłosej były moim podstawowym posagiem, jaki niosłem ze sobą w wyprawie do Łodzi, moim intymnym rozeznaniem w rodzącym się świecie z importu. Nosiłem obraz Ani jak szczepionkę w sercu, dzięki której uchroniłem się od czerwonej legitymacji i wszystkich konsekwencji z tym związanych. Dzięki tamtej tragedii Ani zostałem skazany na właściwą stronę, choć po tym, co z nią zrobili Rosjanie, nie zamieniłem z nią ani słowa i nigdy więcej już jej nie widziałem. Ale pojąłem, że piękno pochodzi wprost od Boga, jest jego sublimatem i zniszczyć je może byle cham w jednej chwili”.

W obliczu takiego niewyobrażalnego nieszczęścia stajemy chyba bezradni. Cóż możemy powiedzieć takiej Ani? Co możemy zrobić, mając lat 15? Nie wiem, pewnie nic. Później możemy próbować oddać temu nieszczęściu sprawiedliwość, sublimując koszmar młodzieńczych doświadczeń w piękno  twórczości. Refleks tragedii Ani widzę w kobiecych postaciach Pana filmów.

***

Powiedział Pan kiedyś, chyba znów Elżbiecie Baniewicz, że jest Pan jednak szczęściarzem. Dowodził Pan tego na przykładzie losów wojennych swego brata, o którego nastoletnim losie okrutnie decydowała historia. Tak, widzimy chyba, że jest Pan szczęściarzem, ale w moim pojęciu to Pan jest tego szczęścia sprawcą. Bo te - zaledwie dwa - lata różnicy między Panem a Henrykiem dały Panu siłę oporu, siłę wybierania, możliwość decydowania.

I nigdy nie miał Pan problemu z głoszeniem prawdy. O „Nikt nie woła” powiedział Pan: „Tak, to była polemika z »Popiołem i diamentem«. Bohater Andrzejewskiego wydawał mi się przygłupawy, tą specjalnie polską głupotą tradycyjną, która gest romantyczny stawia ponad własne życie. U nas, w Górnej Silesii, taka postawa budzi śmiech i coś w rodzaju zakłopotania. Myśmy w tamtych czasach nie zrywali hitlerowskich flag i nie wydawali podziemnych gazetek. Myśmy się intensywnie kształcili, może dlatego wielu z tamtej grupy rówieśniczej tak daleko zaszło. Wojny w guście polskim obradzały rzeszami matołów-kombatantów, którzy gotowali się do zajęcia godnych krzesełek przy władzy. Kwalifikacje zostawiali przyszłym pokoleniom. Jak dziś widać, »etos solidarności« też nie różni się zbytnio od dawnych wojenek. Kombatanci wykopują sobie krzesełka spod tyłków, sejmikują też n

ie najgorzej, a kompetentni i pracowici w pogardzie”.

PRZECZYTAJ TAKŻE: "Perła w koronie" to opowieść o śląskiej duszy Kazimierza Kutza

Przypomnę, że powiedział Pan to w roku 1993. Niewygodna prawda nie była przez Pana zasłaniana formą felietonu czy żyjącego przez dzień wywiadu. Pamiętam, jak rozmawialiśmy, jaki temat historyczny warto podjąć, i jak Pan zastygł w fotelu, gdy wspomniałem o istniejących stenogramach dyskusji dowódców Armii Krajowej prowadzących do decyzji o rozpoczęciu powstania warszawskiego. 200 tys. ofiar cywilnych - to Pana interesowało, a nie zbudowany tym kosztem mit założycielski.

Mimo iż od dawna znamy powiedzenie „Odwaga potaniała, rozum podrożał”, to wciąż są ludzie głoszący poetycko chwałę ofiary krwi, najlepiej z cudzych dzieci, a niewczytujących się w rozdzierający dramat wojenny „Do piachu” autorstwa Tadeusza Różewicza, notabene Pańskiego dzisiejszego kompana w naszym towarzystwie doktorów honoris causa, który zrealizował Pan w Teatrze Telewizji. A przecież w Polsce w większości nie jesteśmy głupi, wiemy, że czasem trzeba pójść do powstania, byle mądrze.

***

Już prawie na koniec tego wyznania miłości fragment Pana książki, tak - jest Pan też pisarzem: „Kiedy umrę, będę maleńki jak neutrino, a zamknę w sobie cały Kosmos, bo on z mojej maleńkości się wziął, a moja nadświadomość z niego się wzięła. Dziełem mojego myślenia podporządkowałem go sobie. Ukazałem mu Boga absolutnego za pomocą mojej wyobraźni i takim, jakim go pokazałem, pozostanie na zawsze w istności i w istnieniu. Dałem mu swoją osobowość, która jest maleńka, jak neutrino. Bo taki jestem maleńki”.

Czytaj także:

Kazimierz Kutz: Grzeszyć jest wielką przyjemnością. Małe grzechy to jest cudowna sprawa

Długo zastanawiałem się, co przypomina mi ten tekst. Jest w nim pokora, jest pycha. Jest szczególny język. Czyj? Język proroków. Kiedy byłem młody, trochę się Pana bałem. Dziś wiem dlaczego. Wiem też, że nie było czego się bać. Bo dobrze mieć Pana w sercu.

A więc - dlaczego Kutz? Życie spędził Pan, dotąd przynajmniej, czyniąc dobro. Pracował Pan dla pożytku innych, nie dla swojej sławy wyłącznie. Kochał Pan i w swoich pracach ukazywał piękno, nie żurnalowe, ale to, które jest na styku ciała i ducha. Zmienił Pan życie wielu ludzi, na lepsze. Nie sprzeniewierzył się Pan wartościom sięgającym Biblii, a przekazywanym przez Pana rodziców, nauczycieli, pobratymców.

Nie jest Pan maleńki jak neutrino. Jest Pan Ostatnim z Wielkich.

Jest Pan naszym nauczycielem.

Dziękuję Panu za to.

________________________________________________________

Laudacja wygłoszona 13 grudnia 2018 r. w łódzkiej Filmówce (tytuł: „Wyborcza”). Drugim doktorem honoris causa został podczas tej samej uroczystości wybitny operator filmowy Jerzy Wójcik.

Kazimierz Kutz jest reżyserem wielokrotnie nagradzanych filmów fabularnych, są wśród nich „Nikt nie woła” (1960), trylogia śląska: „Sól ziemi czarnej” (1969), „Perła w koronie” (1971) i „Paciorki jednego różańca” (1979), „Śmierć jak kromka chleba” (1994) czy „Zawrócony” (1994). Jest także reżyserem teatralnym i scenarzystą.

Kutz i Wójcik wielokrotnie pracowali razem, pierwszy jako reżyser, drugi jako autor zdjęć, zaczynając od filmów „Krzyż Walecznych” i „Nikt nie woła” (ten drugi został pokazany podczas łódzkiej uroczystości). Są ostatnim reprezentantami Polskiej Szkoły Filmowej

 


 

Kazimierz Kutz nie żyje. Cała jego twórczość była godzeniem sprzeczności

Tadeusz Sobolewski 18 grudnia 2018 | 15:23

 

Kazimierz Kutz, jeden z najwybitniejszych polskich reżyserów, zmarł 18 grudnia 2018 r. w Warszawie. Miał 89 lat. - Nasze filmy musiały być niepowtarzalne. Ich realizacja była jak rozwiązywanie rebusu, którego nikt przed nami nie rozwikłał - mówił.

 

Kazimierz Kutz zmarł w szpitalu w Międzylesiu. Poważnie chorował od kilku tygodni.  Jak powiedziała "Wyborczej" żona reżysera Iwona Świętochowska-Kutz, rodzina będzie chciała pochować zmarłego reżysera w Katowicach.

 

Zobaczyłem kiedyś Kazimierza Kutza na peronie dworca w Katowicach. Kłaniali mu się nieznajomi ludzie. Kojarzymy go zawsze ze Śląskiem, z polityką, z jego felietonami, z niezależnym głosem w publicznych sprawach i z niewyparzonym językiem. Kiedy był senatorem, do jego biura w Katowicach – pisała Aleksandra Klich – „wdrapywali się po stromych schodach bezdomni, bezrobotni, matki samotnie wychowujące dzieci, pokrzywdzeni, emeryci, renciści, wariaci. Panie Kutz, jo bych chcioł pana prosić...”.

Ale dla mnie rewelacją był już wczesny Kutz, z lat 60., genialnej dekady kina, kiedy debiutowali PasoliniTarkowskiHerzogForman. „Nam wtedy strasznie się chciało robić filmy – mówił Kazimierz Kutz. – Musiały być niepowtarzalne, prototypowe. Ich realizacja była jak rozwiązywanie rebusu, którego nikt przed nami nie rozwikłał”.

Kazimierz Kutz w 1993 roku PIOTR WÓJCIK

Jak Wajda, jak Konwicki

Osiem filmów doprowadziło Kazimierza Kutza do jego pierwszego śląskiego arcydzieła – „Soli ziemi czarnej”. Wśród nich były: „Krzyż Walecznych”, „Nikt nie woła”, „Ludzie z pociągu”, „Milczenie”, „Upał”, „Ktokolwiek wie...”, „Skok”. Każdy z nich był odkryciem. Jak to możliwe, że ich dotąd nie odrestaurowano!

Michnik: Kutz uczy Polaków tolerancji i wrażliwości na odmienność

Najoryginalniejszy z tych filmów – „Nikt nie woła” (1960) – miał trudną drogę na ekrany. Ocenzurowano końcową scenę erotyczną. Po latach film zyskał kultowy status. Pisano, że jego estetyka przypomina nieco późniejszą „Przygodę” Antonioniego.

Czytaj także:

Kutz. Ostatni z Wielkich, nauczyciel

Film był adaptacją niepublikowanej wówczas z powodów cenzuralnych powieści Józefa Hena. Akcję przeniesiono z Uzbekistanu na ziemie zachodnie. Młody bohater „Nikt nie woła” Bogdan Nieczuja zwany Bożkiem (Henryk Boukołowski) miał pod pewnymi względami przypominać Maćka Chełmickiego z „Popiołu i diamentu”, żołnierza podziemia, który po wojnie nie spełnia rozkazu zabicia wroga.

Kutz był asystentem Wajdy przy „Pokoleniu” i „Kanale”, ale jego pierwszym samodzielnym filmom patronował raczej Tadeusz Konwicki, autor „Ostatniego dnia lata” czy „Zaduszek”. Bożek na dachu pociągu, w tłumie osadników i przesiedleńców, przybywa do poniemieckiego miasta. Ucieka, pragnie zacząć nowe życie, nie chce uczestniczyć w nowej wojnie – z komunistami i Stalinem.

Kazimierz Kutz. Zadanie: pierwsza miłość

„Nikt nie woła” – zrealizowany z wybitnym operatorem „Popiołu i diamentu” Jerzym Wójcikiem – był manifestacją młodzieńczego indywidualizmu, wyrafinowanym, zuchwałym filmem o pierwszej miłości jako zadaniu do spełnienia. Miłość ojczyzny i wierność rozkazom nie stanowią tu dla niej konkurencji, choć miłość Bożka i Lucyny chwilami przypomina walkę, ma coś z rytuału.

18-letni żołnierz podziemia, który jak Maciek Chełmicki nie zdążył się zakochać, znajduje się we władzy kobiet. Za wiedzą Lucyny (młodziutka, zjawiskowa Zofia Marcinkowska) zostanie sublokatorem Niury (Barbara Krafftówna).

Czytaj także:

Kazimierz Kutz: Grzeszyć jest wielką przyjemnością. Małe grzechy to cudowna sprawa

Polemiczna zuchwałość „Nikt nie woła” wobec filmów starszych kolegów reżysera, Wajdy i Munka, wyrażała się również w estetyce. Filmy „szkoły polskiej” operowały patriotyczną symboliką potraktowaną z tragiczną ironią (odwrócony krucyfiks w „Popiele i diamencie"; pijany Dzidziuś w „Eroice” Munka pośród walk powstańczych; ranny biały koń w „Lotnej” Wajdy). W „Nikt nie woła” sfera narodowej symboliki nie istnieje. Ekranem przeżyć Bożka stają się odrapane ściany niemieckich kamienic. Rzeczywistość, którą oglądamy, jest obca. Ale młodość ma to do siebie, że zagarnia to, co obce, jako własne.

Dramat narodowy zamienia się w dramat młodzieńczej egzaltacji, jak z powieści Stendhala, w których młody bohater jest „olśniony własnym losem”. Przeżycie, które narasta, w pewnym momencie zostaje zamknięte. Nie pozostaje nic innego jak kolejna ucieczka. Chłopak w białym płaszczu znika w tłumie anonimów.

Trudno byłoby znaleźć w polskim kinie tak wnikliwe, choć opowiedziane nie wprost, samymi obrazami, studium miłosne.

Kadr z filmu "Nikt nie woła" w reżyserii Kazimierza Kutza Filmoteka Narodowa

 

Skrzyżowane spojrzenia

Charakterystyczne dla filmów Kazimierza Kutza z lat 60. są obrazy tłumu, żywej ludzkiej masy, w której można się ukryć. Być może za tymi obrazami kryje się doświadczenie reżysera. Żył przecież w świecie niewyraźnej narodowej tożsamości – rdzennie polskiej, śląskiej, niemieckiej. Granica między swoimi i obcymi była zatarta. Narodowość była kwestią wyboru (jak pokazuje film „Na straży swej stać będę”). Jest to wizja odległa od dzisiejszego zwyczaju obnoszenia znaków, symboli, totemów ukazujących czyjąś odrębność. Te znaki czasem wyznaczają granicę, mówią: nie zbliżaj się!

U Kutza jest inaczej. W jego filmach chce się przeniknąć tłum, ukryć w nim. Pięknym przykładem jest zapomniany film „Ludzie z pociągu” (1961), który mógłby posłużyć za wizytówkę jego stylu i światopoglądu.

Jest okupacja. Pasażerowie czekają na przesiadkę. Pijany bahnschutz zawiadamia SS, że na stacji są partyzanci. Polski zawiadowca usiłuje zatrzymać pociąg towarowy, aby zabrał ludzi. Pełen napięcia czas oczekiwania Kutz zapełnia mikroakcją: kim mogą być ci ludzie? Zaczynamy prześwietlać ich tajemnice.

Krzyżują się spojrzenia: zawiadowcy, dziecka, złodzieja. Żołnierz podziemia panicznie się boi. Mężczyzna, który interesuje się wdową z córeczką, wygląda na szmalcownika. Wdowa, nosząca na palcu dwie złote obrączki i opowiadająca współpasażerom swoją historię, przewozi żydowskie dziecko. Obrączki mogą służyć do ewentualnego wykupu. W futerale kontrabasu jest mięso. Pod swetrem flirtującego chłopaka jest bibuła.

Zbiorowość zostaje w filmie poddana selekcji. Widz podąża za spojrzeniem dwojga ludzi: szmalcownika i żydowskiej dziewczynki. Ci są najbardziej czujni. Żaden narodowy stereotyp nie zostaje narzucony jako „obraz Polski”. Ten tłum ma twarz, choć niekoniecznie piękną – różną. Ważne, kto wysuwa się na czoło, kto bierze za wszystko odpowiedzialność. Bohaterem okaże się mały chłopiec.

Gdzie jest mój tłum

W innym filmie z tego okresu – „Ktokolwiek wie...” (1966) według scenariusza reportera Krzysztofa Kąkolewskiego – reporter (Edward Lubaszenko) poszukuje zaginionej dziewczyny. Nie zobaczymy jej twarzy. Jest ukryta gdzieś między ludźmi. Poszlaki prowadzą do pielgrzymki, to znów do hipisów koczujących w pustych wagonach na bocznicy.

To film o poszukiwaniu tłumu, który nie byłby samotny. Reporter szuka własnego miejsca, prawdziwej tożsamości. Kraj, który ukazuje Kutz, wciąż żyje w cieniu wojny. Wszyscy jakby czekali na wielkie, jednoczące święto.

Motyw daremnego szukania wspólnoty kojarzy się z twórczością Tadeusza Konwickiego, z obrazami pielgrzymki, w której bohater „Jak daleko stąd, jak blisko” spotyka swoją matkę i czuje tym większą obcość. Być może cała droga Kazimierza Kutza – od śląskiego outsidera, w szkole filmowej mówiącego niezrozumiałą gwarą, do reżysera i polityka – była przełamywaniem obcości? Wyobrażeniem wspólnoty?

Kazimierz Kutz na planie filmu telewizyjnego 'Sława i chwała' na podstawie powieści Jarosława Iwaszkiewicza, 1997 rok WOJCIECH DRUSZCZ

Śląsk przypomina o sobie

W roku 1967 rozgoryczony odłożeniem na półki filmu „Skok” (1966) – unikalnego obrazu pegeerowskiej Polski i zmarnowanej zbiorowej energii – Kutz porzuca Warszawę. Wraca na Śląsk, gdzie mieszka jego chory brat. Powtarza w ten sposób gest reportera z „Ktokolwiek wie”, który przewraca półkę z filmowymi taśmami.

Czytaj także:

Nasze zdjęcie z Wałęsą - Sobolewski o nowym filmie Wajdy. I kilku starych

„Zdegradowałem się, zdeklasowałem – opowiadał Kazimierz Kutz. – Nie miałem rodziny, mieszkania. Wróciłem z kilkoma książkami i materacem. Nienawidziłem Śląska i siebie, że jestem stąd, że mam tak straszliwe obciążenie i tak straszliwą niemożność. Nie miałem nic do roboty. Musiałem wrócić jako anonim do brata w Tychach. Po blisko dwudziestu latach bawienia się w kino byłem znów w punkcie zerowym. Wiedziałem, że coś musi się teraz stać”.

Ukryty w podświadomości Śląsk przypomniał o sobie.

„Instynkt chronił mnie przez poprzednie lata, że nie zainteresowałem się zawodowo ziemią śląską, choć mogło mi to wiele spraw ułatwić”.

Opłaciło się wykorzenienie, poszukiwanie odmiennych punktów widzenia.

Sen o powstaniu śląskim

Tym, co go formowało, była nie tylko warszawska bohema. Nie tylko łódzka szkoła filmowa. W gimnazjum w Mysłowicach języka polskiego uczyła go przedwojenna komunistka, pani Dyrkowa.

„Doprowadziła do tego – opowiadał Kutz – że utworzyła się grupa, można powiedzieć, lewacka, która opanowała to katolickie gimnazjum”.

Czytaj także:

Kazimierz Kutz: Zbigniew Cybulski był dziki

Zawsze był poddany sprzecznym wpływom. Jego dziadek miał w sobie dzikość i pierwotność. Babka, „święta kobieta”, była autorytetem moralnym i religijnym. „Zawzięta Polka i superkatoliczka – wspominał. – Nie spotkałem nigdy osoby tak mądrej, niezależnej, a równocześnie tak głęboko religijnej. Kiedy dowiedziała się, że jej wnuk stracił wiarę, powiedziała: »to może być przejściowe, a nawet jak nie, to znaczy, że tak musiało być. Pójdziesz swoją drogą, czy będziesz wierzył, czy nie. Ufam tylko, że będziesz porządnym człowiekiem«”.

I pobłogosławiła jego niewiarę.

Po powrocie na Śląsk przyśnił mu się film mówiony czystą i piękną gwarą.

„Widziałem wszystkie rozwiązania estetyczne. Przebudziłem się i dokładnie wszystko zapisałem. W tym śnie, podczas potwornej strzelaniny w kościele, brat niesie na ramionach ciężko rannego brata”.

Kazimierz Kutz w 1962 r. TADEUSZ ROLKE

Mógł teraz wrócić do Warszawy. Pojechał do Warszawy, poszedł do kawiarni Czytelnika, gdzie siedzieli jego przyjaciele: Konwicki, Dygat. Ogłosił, że będzie robił film o powstaniu śląskim.

A kiedy będzie mój pogrzeb

Prototypem głównego bohatera, Gabriela, był jego wujek. Został ranny podczas pierwszego powstania śląskiego, uratowały go kobiety, które wyciągnęły go spod stosu trupów.

Film ze snu i z historii rodzinnej – „Sól ziemi czarnej” – jest arcydziełem Kazimierza Kutza. Jak całe jego kino łączy sprzeczności: z jednej strony jest to saga rodzinna, trochę jak z westernu. Ojciec, głowa rodu, wysyła synów na wojnę. Jest z nimi Gabriel, beniaminek (Olgierd Łukaszewicz). Jego entuzjazm załamuje się w obliczu śmierci i wobec pierwszej miłości – do niemieckiej sanitariuszki.

Następuje charakterystyczna dla filmów Kutza zmiana perspektywy z obiektywnej na subiektywną. To, co zapowiadało się jako obiektywny, epicki, widziany jakby z góry obraz walki („do powstania idzie się jak do pracy, na szychtę” – pisano), staje się subiektywną wizją. Gabriel wyobraża sobie swój pogrzeb i hołd, jaki składają mu rodacy. Jest w tym jakaś chłopięca duma, poczucie bycia wybranym, a równocześnie dziecięca słabość i lęk.

Chociaż film kończy się fotografią weteranów powstań śląskich pod katowickim pomnikiem, wszystko jest w nim nacechowane własnym wyobrażeniem, rodzinną anegdotą, snem, baśnią, wreszcie pasyjnym widowiskiem – kiedy kobiety niosą rannego Gabriela „przez cały Śląsk”. Na zdjęciach Wiesława Zdorta rudawe wysypiska hutnicze, wśród których kryje się Gabriel, opłakując śmierć brata, stają się symbolicznym wyrazem jego uczuć.

Kadr z filmu 'Sól ziemi czarnej' w reżyserii Kazimierza Kutza 

Zawartą w tym filmie, podobnie jak w późniejszej „Perle w koronie”, pochwałę pracy, rodziny, wierności można śmiało ubrać w formułę: Bóg, honor, ojczyzna. Fenomen filmów Kutza polega jednak na tym, że wartościom wykorzystywanym w propagandzie zachowawczych partii i przeciwstawianym innym, „lewackim” wartościom autor „Soli ziemi czarnej” przywracał pierwotny, nie ideologiczny sens. Przedstawiał w swoich filmach harmonię świata, patrząc z bieguna chaosu. Znajdował formę, która pozwalała ocalić zarówno wartości, jak i wolność. I udało mu się w śląskich filmach stworzyć własny model ojczyzny.

Ale kiedy śląski mit w latach gierkowskich zbyt się ucukrował i zyskał uznanie władz, Kutz zrobił kolejną woltę: sam ten mit pogrzebał, ukazał jego rozpad. „Paciorki jednego różańca” (1979) kończy wizja konduktu ciągnącego przez cały Śląsk.

Trzy tajemnice Kazimierza Kutza

Bogata i rozproszona twórczość Kazimierza Kutza jest godzeniem sprzeczności. Czy nie to właśnie jest istotą demokracji? Kiedy doczekamy się, że publiczna telewizja przypomni jego najgłośniejsze spektakle: „Do piachu”, „Opowieści Hollywoodu”, „Kolację na cztery ręce”, „Antygonę w Nowym Jorku”, „Samobójcę”, „Stalina”, „Wielebnych”?

Kazimierz Kutz był człowiekiem rubasznym, słynnym z ciętego języka, z barokowych przekleństw. Jedną z jego artystycznych tajemnic była umiejętność osiągania czystego patosu.

Druga tajemnica: ten wielki indywidualista stworzył najpiękniejsze w polskim kinie portrety ludzkiej zbiorowości.

Tajemnica trzecia: zdeklarowany ateista – jak zaświadczał jego przyjaciel, kompozytor Wojciech Kilar – „potrafił mówić pięknie i prawdziwie o rzeczach, o jakich nigdy nie powiedzą ludzie leżący krzyżem przed ołtarzem”.

Kazimierz Kutz, 2017 r.

– Łączy pan bunt i niezależność z najgłębszym tradycjonalizmem. Bóg, honor i ojczyzna! – mówiłem do Kazimierza Kutza, robiąc z nim wywiad dla „Wyborczej” w 1994 r.

Tłumaczył – U korzeni Śląska jest chłopskość, z całym nastawieniem antycywilizacyjnym, antyprzemysłowym. Cywilizacja zabrała ludziom ziemię, dawny obyczaj i życie zgodne z naturą.

A potem prorokował, jaki będzie Śląsk przyszłości, ten Śląsk, który zachował tradycje kultury plemiennej. – Ona z czasem przeobraziła się we wspólnotę parafialną. Potem doszły wspólnoty zawodowe i familokowe. Te procesy łączyła gwara i ludowe chrześcijaństwo. Ksiądz był jak przysłowiowy pasterz przy owczarni. Ale fundamentem była rodzina, życie w klanie i silny matriarchat. Śląsk przechował w sobie pierwotność – prorokował. – I prędzej czy później nastąpi na Śląsku integracja energii, poza partiami, poza polityką.

Kiedy dziś czytam tamte słowa Kutza optymisty, zapaleńca, wyrafinowanego artysty, a zarazem człowieka „dzikiego”, widzę pogrzeb mądrego Habryki z „Paciorków jednego różańca” i ten kondukt, który idzie przez cały Śląsk. I kundelka, który na skróty, zdyszany biegnie przez cmentarz i nieomylnie trafia na grób swego pana...

Comment

You must be logged in to comment. Register to create an account.